Gospodarka

Wędkarstwo

Wspomnienie o Tadeuszu Stryjeckim PDF Print E-mail
Written by Izabella Golec   
Wednesday, 27 February 2013 08:57

Wielu mieszkańców Zaklikowa pamięta zapewne jeszcze charakterystyczną postać mojego ś.p. wujka – Tadeusza Stryjeckiego, jak przemierza szybkim krokiem uliczki miasteczka. W ostatnich latach przed śmiercią wujek już się trochę „ustatkował” i nie chodził tak szybko – postępujący wiek i dolegliwości spowolniły Jego kroki, ale do czerwca 2001 r. był jeszcze widywany poza domem, ostatnie chyba wyjście wujka związane było z uczestnictwem (już na wózku inwalidzkim) w uroczystościach Bożego Ciała. Później pozostał w domu, przykuty do łóżka, samotny po śmieci żony Marii, ale nie sam – był otoczony całodzienną troską pani Mirki i pani Basi, odwiedzany przez rodzinę, zaopatrzony w opiekę medyczną. Zmarł 13 lutego 2002 roku, we własnym łóżku, i został pochowany na miejscowym cmentarzu.

 

Często Go wspominamy, bywamy na Jego i Cioci grobie, bywamy w Jego domu w Zaklikowie, jednak bezpośrednim bodźcem do napisania tych słów stała się informacja zamieszczona na tej stronie o obchodach Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” w dniu 1 marca. Takim „żołnierzem wyklętym” był właśnie Tadeusz Stryjecki i pomyślałam, że koleje Jego życia, walki w czasie wojny i cierpień w stalinowskim więzieniu – tym najokrutniejszym – Wronkach, warte są zachowania i przypomnienia. Może nie wszyscy mieszkańcy Zaklikowa znają te fakty, bo przecież przez długie lata były one oficjalnie nie dopuszczane do świadomości, a jeśli wspominane to z powodu cierpień niechętnie, w tajemnicy i tylko w rodzinnym kręgu. Warto więc ocalić kapitana Wrzosa – Wrzosika, jak nazywaliśmy Go rodzinnie od Jego AK-owskiego pseudonimu – od zapomnienia.

 

Tadeusz Stryjecki urodził się 18 września 1911 roku w Sandomierzu w rodzinie Karola (budowniczego między innymi dworców kolejowych w okolicy) i Florentyny z domu Pankowskiej. W Sandomierzu ukończył w 1930 r. Szkołę Handlową. Zajęcie znalazł aż na Wileńszczyźnie, gdzie pracował od 1 maja 1931 r. do 31 grudnia 1941 r. w różnych miejscowościach – między innymi w Kobylniku, Postawach oraz Bohdanowie w urzędach pocztowych Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Wilnie. Na Wileńszczyźnie poznał też swoją przyszłą żonę Marię Juza z Pawęzowa koło Tarnowa, którą Rzeczpospolita wysłała tam jako nauczycielkę szkół powszechnych. Po ślubie w 1936 r. w Bohdanowie zamieszkali w Kobylniku, gdzie Maria pracowała w szkole, a Tadeusz na poczcie. Mieli jedną córkę Ewę (1938-1944), która zachorowała na dyfteryt i mimo pomocy lekarza partyzanckiego zmarła (została pochowana w Świrze na Wileńszczyźnie). Kosmyk jej włosów przewieźli przez wszystkie przeprowadzki i ucieczki swego życia i w tej postaci ich córeczka towarzyszyła im w ich ostatniej drodze.

W Kobylniku zastała Go wojna i od razu przystąpił do ZWZ-AK. Od grudnia 1939 r. do 25 lutego 1943 r. był łącznikiem u majora Stefana Świechowskiego ps. „Sulima” i działał między Obwodem B i C Wilno Północ a Okręgiem AK Wilno. Od marca 1943 był żołnierzem w Oddziale „Kmicica” – Antoniego Burzyńskiego. W szeregach tego pierwszego oddziału zbrojnego na Wileńszczyźnie brał udział w zdobywaniu garnizonów niemieckich Duniłowicze, Żodziszki, Kobylnik, Wiszniew i w wielu innych potyczkach z okupantem.

Po podstępnym rozbrojeniu oddziału „Kmicica” przez partyzantów radzieckich płk. Markowa wstąpił wierny złożonej przysiędze do V brygady „Łupaszki” Zygmunta Szendzielarza, gdzie walczył w trzecim szwadronie dowodzonym przez kapitana „Maksa” Antoniego Rymszę. W styczniu 1944 r. brał udział w walce z niemieckim batalionem we wsi Worziany, a w kwietniu w rozbrojeniu posterunku niemieckiego w Strunojciach koło Święcian. Pod koniec kwietnia uczestniczył w walce z Niemcami pod Bołoszą.

W wydanym po latach oświadczeniu Jego dowódca, kpt. Antoni Rymsza napisał: „Był to żołnierz myślący, odważny, koleżeński, wyjątkowo odporny na trudy życia partyzanckiego. Patriota, doskonały wychowawca młodszego pokolenia w szeregach szwadronu i brygady. Przeszedł z honorem cały szlak bojowy oddziałów „Kmicica” i „Łupaszki”, aż do sierpnia 1944 r. w szeregach 3-go szwadronu aż do wsi Kieturyki woj. Białystok.” (Oświadczenie tej treści znajduje się w zbiorze dokumentów pozostałych po wujku, niestety nie jest datowane.)

Życie w oddziale partyzanckim oznaczało stałe narażanie życia, rozdzielenie z rodziną, noclegi w ziemiankach, w stogach siana, ale było też samodzielnie wybranym obowiązkiem i przywilejem.

Swoim dawnym dowódcom  wujek ufundował już w wolnej Polsce tablicę pamiątkową, która znajduje się w kościele św. Anny w Zaklikowie. Na tej tablicy wymienia swoich przełożonych z Okręgu Wileńskiego AK: generała brygady Aleksandra Krzyżanowskiego, komendanta Okręgu AK Wilno, więzionego po wojnie przez Sowietów, a potem UB, zmarłego w więzieniu w 1951 roku, podpułkownika Stefana Świechowskiego, inspektora Obwodu C Okręgu Wilno, zmarłego w Ciechocinku w 1974 r., majora Zbigniewa Szendzielarza, dowódcę V Brygady, straconego w 1951 r. oraz swego bezpośredniego przełożonego, kapitana Antoniego Rymszę, więzionego latami w łagrach sowieckich na Kołymie i zmarłego w 1994 r.

Po wojnie wrócił na krótko do Zaklikowa, gdzie zastał swoją żonę Marię, do Zaklikowa sprowadził także zagrożonego aresztowaniem swego przełożonego Antoniego Rymszę „Maksa” i jego żonę Aldonę. Położenie dawnych AK-owców pogarszało się, UB poszukiwało ich wszędzie. Wydawało się, że duże miasta, tereny Ziem Odzyskanych zapewnią ściganym anonimowość, także pracę i choćby względne poczucie bezpieczeństwa. Dom w Zaklikowie był po wojnie spalony,  wujek wyjechał więc wraz z żoną do Gdańska, skąd skierowano Go do pracy w urzędzie pocztowym w Białogardzie.

W Białogardzie utrzymywał kontakt ze swoją brygadą, niestety UB wpadło na trop tych kontaktów i 4 lipca 1946 roku wujek został aresztowany, następnie był przesłuchiwany i przez pół roku torturowany w Szczecinie. W sprawie tych tortur śledztwo prowadził IPN, już po śmierci  wujka. On sam nie mówił wiele o torturach; wiem na pewno, że był bity. Wspominał też łączniczkę w ciąży aresztowaną razem z nim, która bita nie zdradziła żadnych informacji. Wujek uważał, że postawie tej pani, której nazwiska niestety nie znam, zawdzięczał życie, bowiem jej pełne zeznanie oznaczałoby dla niego karę śmierci. Pani ta, co wiem z opowiadań wujka, urodziła ułomne dziecko i wujek, kiedy już mógł, starał się jej pomagać finansowo.

21 listopada 1946 r. wujek został skazany na 10 lat więzienia, z czego 6 lat i 7 miesięcy odsiedział we Wronkach. „Odsiedział” – to brzmi tak spokojnie i właściwie poczciwie, siedział, a więc możemy naiwnie przypuszczać, że nic się nie działo, ale więzienie we Wronkach oznaczało utratę zdrowia i zębów, pracę ponad siły i całkowite odcięcie od rodziny. A właściwie kontakty z rodziną „zapewniło UB”. W więzieniu poznał  wujek najmłodszego brata żony, Tadeusza, który otrzymał wieloletni wyrok jako żołnierz WiN. To poznanie nie oznaczało oczywiście jakichś trwałych i ciągłych kontaktów – to we Wronkach nie było możliwe. Jeden z klawiszy, ryzykując sam wiele, doprowadził do jednorazowego spotkania szwagrów. Obrzydliwy chichot historii zniewolonej przez narzuconą władzę „wyzwolicieli” spowodował, że dwaj polscy żołnierze-patrioci poznają swe koligacje rodzinne w więzieniu.

Z Wronek został zwolniony wczesną wiosną 1953 roku i powrócił do Zaklikowa. Pracował krótko w Powiatowym Zakładzie Mleczarskim w Kraśniku oraz w Spółdzielni Pracy Remontowo – Konserwacyjnej w Zaklikowie, a od 1957 r. do przejścia na emeryturę w 1975 r. w Zakładzie P.L. „Las” w Zaklikowie.

Powoli odnajdywali się dawni żołnierze V Brygady, ci którzy przeżyli. Wujek jeździł na spotkania kombatanckie do Gdańska, odwiedzał w Warszawie między innymi dawną łączniczkę majora Z. Szendzielarza ”Łupaszki” – „Lalę”, z którą, jak i z wieloma innymi, łączyła Go wspólnota losów nie tylko partyzanckich lecz też i więziennych.

Wujek był też pomocny w wielu inicjatywach kulturalnych w Zaklikowie. Uzdolniony muzycznie założył orkiestrę, która występowała w regionie. Przez lata prowadził też męski chór kościelny przy parafii św. Anny a także dziecięcy zespół mandolinistów w Gminnym Ośrodku Kultury w Zaklikowie. Był bezgranicznie bezinteresowny i mimo swoich złych doświadczeń powojennych i więziennych ufny i pomocny. Wspomagał rodzinę, kolegów akowców, a także biednych, którzy się do Niego zgłaszali. Wspomagał również kościół parafialny – łożył na witraże, ufundował nową instalację elektryczną w kaplicy cmentarnej.

Ufam, że te słowa wspomnienia o wujku przywołają dobry uśmiech na twarze czytelników, bo  wujek był też osobą dowcipną i szczerą; wierzę także, że Jego szlachetna, patriotyczna postawa zasługuje na wspomnienie w modlitwie i pamięć nie tylko Jego rodziny.

 

Izabella Golec

 

O Tadeuszu Stryjeckim pisała również pani dyrektor Bogumiła Wołoszyn w kwartalniku parafii i gminy w Zaklikowie „Wołanie Św. Anny” w numerze lipcowym z 2001 r. Był to artykuł o pięknym i prawdziwym tytule: „Bohaterowie są wśród nas”. O jego działalności partyzanckiej można przeczytać w książce Zygmunta Mieczysława Grunt-Mejera „Partyzancka Brygada Kmicica – Wileńszczyzna 1943 r.” (Bydgoszcz 1997), ale przede wszystkim w książce Jana Stanisława Smalewskiego „Opowiedział mi Maks. Maks i Aldona” (Warszawa 1996).

 

 

Rozkład Jazdy

Galeria

Rozrywka

Nasi w świecie

 
  Zaklikow.net @2009
statystyka